Z Cusco nad Titicaca i dalej… 18.10-06.11

Dzien podrozy 232-251
Po powrocie z Machu Picchu potrzebowaliśmy jeszcze jednego dnia na uzupełnienie zapasów prowiantu i ustabilizowanie pracy układów trawiennych naszych organizmów. Chcieliśmy ruszyć w stronę Juliaki – miejscowości położonej niedaleko jeziora Titicaca , gdzie oczekiwał na nas kolejny 'Amigo’ z warmshowersów. Z Cusco do Juliaci wiedzie droga – jedna z główniejszych w kraju – około 350 km, wyasfaltowana, z szerokim poboczem, jednak współdzielona z ciężkim ruchem tranzytowym.

Lepiej rowerem niz piechota

Lepiej rowerem niz piechota

Już gotowi byliśmy ruszać tam, ale rzutem na taśmę – przed samym pójściem spać udało nam się natknąć na relację jednego z biciturystów, który opisał swoją drogę do Juliaci bocznymi drogami – było to jedyne dwieście kilometrów więcej, ale aż trzy razy więcej podjazdów (dwanaście kilometrów przewyższenia, zamiast niespełna czterech), w dodatku znaczna część po drogach gruntowych … brzmiało zachęcająco.
Ruszyliśmy więc, pierwsze dni nadzwyczaj spokojnie – po ponad miesięcznej przerwie od intensywnego pedałowania musieliśmy się na nowo przyzwyczaić do siodełek .. i podjazdów. Kolejne dni wyglądały dość podobnie: trzy – cztery godziny podjazdu, jedna godzina na pokonanie przełęczy/szczytów, zjazd, parę kilometrów płaskiego – pokonywane w różnej kolejności. Nocowaliśmy w gospodach zawsze wybierając tę najlepszą (bo jedyną) w wiosce, lub w namiocie – jeśli nie było takowych. W miarą oddalania się od głównej drogi pokonywane przełęcze były coraz wyższe, drogi coraz gorsze i mniej uczęszczane, a mijani ludzie (i lamy) z coraz większym zdziwieniem (ale zawsze pozytywnie) reagowali na parę gringosów na rowerach. A to wszystko w otoczeniu tak pięknych okoliczności natury, ze nawet nie będę próbował ich opisywać (patrz zdjęcia poniżej). Przełomowym momentem było dla nas pokonanie odcinka Mangui – Macara.
Mozny poranek na 4300

Mozny poranek na 4300

Tam dzień spędzony na pedałowaniu w górach bez napotkania żadnej innej osoby, choćby na motocyklu, uświadomił nam, że lekko zgubiliśmy właściwą drogę. Daliśmy się więc zaskoczyć przez zmierzch któremu towarzyszyła burza gradowa na wysokości powyżej 4300mnpm. Widok nadciągającej burzy sprawił, ze rozbiliśmy namiot i zabezpieczyliśmy rowery w rekordowym tempie. Wieczór spędzony wśród szalejących piorunów i gradu walącego o namiot sprawił, iż udało nam się przypomnieć wszystkie możliwe modlitwy, które wznieśliśmy z intencją przetrwania tej nocy. Udało się. Przetrwaliśmy. Ranem, prócz dwucentymetrowego lodu pokrywającego namiot przyniósł nam piękny wschód słońca wśród białych od gradu zboczy gór i mgły rodzącej się z parującego lodu. Po tej nocy wiedzieliśmy, że sprzęt kampingowy, i co równie ważne – my, jesteśmy w stanie przetrwać ciężkie warunki. Piękny poranek uświadomił nam, ze warto ponosić trudy tej podróży. Później kilka dni jechaliśmy do Juliaci. Kampowaliśmy już jednak w dużo przyjemniejszych okolicznościach. Zdobyliśmy też, po ciężkiej walce, przełęcz o wysokości 4800mnpm ustanawiając nasze osobiste rekordy życiowe. Po jedenastu dniach jazdy pośród oszałamiających krajobrazów (zamiast czterech dni na poboczu autostrady) dotarliśmy do Juliaci. Tam bawiliśmy dwa dni w gościńcu dla cyklistów prowadzonym w domu Giovanniego.


Z Juliaci odwiedziliśmy Puno i jego główną atrakcję – pływające wyspy Uros. Była to jednak jak wizyta w żywym skansenie gdzie wszystko jest przygotowane by oczarować turystę. Dlatego ta wycieczka nas nie zachwyciła.

Rodzina na wyspie Uros czeka na turystow

Rodzina na wyspie Uros czeka na turystow

Juliacę opuściliśmy udając się w stronę półwyspu Llechon przedzierając się przez pobocza pełne śmieci. W Llechon spędziliśmy dzień, w otoczeniu prawdziwej wsi rybackiej nad jeziorem Titicaca, takiej z suszącymi się na każdym podwórku sieciami i małymi rybkami Ispi. Spacerowaliśmy tam po wzgórzach – stanowiskach archeologicznych. Stamtąd podziwialiśmy panoramę jeziora Titicaca wraz z pobliskimi wyspami. Tam też bez trudu odnaleźliśmy wygrzebane przez motyki rolników uprawiających te ziemie różne, zapewne zabytkowe, cząstki ceramicznych naczyń. Z Llechon przeprawiliśmy się łódką na drugą stronę jeziora skąd kontynuowaliśmy jazdę w kierunku granicy z Boliwią. Po trzech kolejnych dniach jazdy wokół jeziora Titicaca (czasem z widokiem nań) opuściliśmy (po dwóch miesiącach pobytu) Peru i wjechaliśmy do Boliwii. W Copacabanie , miejscowości turystycznej nad jeziorem, spędziliśmy dwa dni lecząc brzuchy. Po dwóch kolejnych dniach jazdy z widokiem – raz na jezioro – raz na ośnieżone szczyty Cordilliery Real dotarliśmy do stolicy Boliwii – La Paz. Pięknie położone miasto oszołomiło nas nieco, ale to co tam robiliśmy będzie tematem następnego wpisu, który już wkrótce…

przebytych kilometrów rowerem:
766/6153 (w dniach opisanych powyżej/łącznie)

Zostaw odpowiedź